Biblioteczka narzeczeńska #2 - baner

Biblioteczka narzeczeńska #2 – bez szału

Czytam na okrągło – przed snem, w podróży, podczas okienek między zajęciami na uczelni. Wszystkie książki, z którymi miałam styczność mogłabym podzielić na trzy kategorie:

  • wartościowe → To te, które polecam (między innymi tutaj na blogu czy w swoich mediach społecznościowych). Zazwyczaj pełne cennych myśli – perełek, wartych spisania i zapamiętania. Zostają ze mną na dłużej – z racji tego, że nie jestem w stanie trzymać w domu całości dotychczasowych lektur, na półkach przechowuję tylko te najlepsze.
  • porażki → Zdarzają się naprawdę rzadko – widocznie dobrze mi idzie wstępna segregacja treści. 😉 Moja niechęć do takich lektur wynika najczęściej z poczucia zmarnowania czasu na nic niewnoszącą (lub nawet destrukcyjną) zawartość.
  • bez szału → Takie, które nie za bardzo przypadły mi do gustu. Zazwyczaj bliżej im do porażek czytelniczych niż do wartościowych lektur. Jednak nie można ich spisać na stracenie, bo z reguły zawierają trochę (czasami więcej, innym razem mniej) sensownych treści.

I właśnie o tej ostatniej kategorii jest ten wpis. W ogóle nie myślałam, że kiedykolwiek taki powstanie – zawsze wolę pisać o pozytywach, które zachęcają do działania zamiast się skupiać na tym, czego unikać. Nie inaczej mam w stosunku do recenzji. Jednak ostatnio po raz kolejny natknęłam się na ciepłą rekomendację pewnej książki, która w moim przekonaniu jest naprawdę kiepska. Tak wpadłam na pomysł szybkiej ankiety na Instagramie – jej wyniki wskazują, że temat jest warty rozwinięcia. Zanim przejdziemy do konkretów, podkreślę raz jeszcze – to zestawienie jest bardzo subiektywne, a przedstawione w nim książki nie są wcale aż takie najgorsze. Bardzo możliwe, że Twoje zdanie jest zupełnie inne – w końcu część z tych pozycji bywa polecana na różnych grupach.

Twórcza partnerka - Linda Dillow

„Twórcza partnerka” Linda Dillow

Tytuł „Twórcza partnerka” już od jakiegoś czasu migał mi wśród książek wartych uwagi. Pewnego dnia – gdy po raz kolejny natknęłam się na zdjęcie okładki – postanowiłam sprawdzić, czy te wszystkie opinie mówią prawdę. Swój egzemplarz dorwałam na Allegro za bezcen – tak to już jest ze starszymi wydaniami (w brzydszych okładkach ;)). Zabrałam go w podróż przez całą Polskę i… się zawiodłam. 🙁

Zacznę jednak od plusów, bo „Twórcza partnerka” ma ich wcale nie tak mało… Zdecydowanie jednym z nich jest przystępna forma i wciągająca treść, które sprawiły, że nie usypiałam podczas lektury. 😉 Poza tym bardzo fajnym pomysłem są pytania podsumowujące każdy rozdział – odnoszące się do wcześniej przedstawionych treści i oparte o fragmenty Pisma Świętego. Książka zawiera również sporo przydatnych rad, na przykład – rozmawiaj otwarcie z mężem o życiu intymnym – które niestety przeplatają się z tymi nie do końca udanymi. Największą jednak zaletą tej pozycji jest motywacja do bycia lepszą żoną. Opiera się przede wszystkim na pracy nad sobą, która w efekcie ulepszy związek (podejście podobne do tego, które prezentowałam w wyzwaniu walentynkowym). Lektura sprawiła, że obudziły się we mnie nowe pokłady działań wyrażających akceptację, podziw i dziękczynienie.

Co twórczego uczyniłaś w ciągu ostatniego tygodnia, zamieniającego waszą codzienność małżeńską w cudowny romans?

„Twórcza partnerka” (Linda Dillow)

Co w takim razie wywołało moje niezadowolenie…? Chociażby nacisk (jak dla mnie nadmierny) na dyscyplinę, dokładanie sobie obowiązków, sumienniejsze realizowanie obecnych, idealnie prowadzony dom i bycie perfekcyjną. Obrazem tego jest między innymi hierarchia priorytetów Twórczej Partnerki: 1. Bóg 2. Mąż 3. Dzieci 4. Dom 5. Ja sama 6. Poza domem. Możliwe, że przeszkadza mi to tak bardzo, ponieważ sama mam problem z odpuszczaniem i dbaniem o siebie. Niewykluczone, że takie podejście autorki wynika z wzorca idealnej żony w czasach, kiedy powstawała książka (1977 r.).

Co więcej, jak w wielu protestanckich książkach o małżeństwie, pojawia się dość specyficzne podejście do kwestii uległości żony wobec męża czy seksualności. Jako jedyny słuszny model małżeństwa przedstawiona jest postawa żony, która jest poddana mężowi we wszystkim. W przypadku, gdy mężczyzna podejmie złą decyzję, kobieta nie powinna się martwić – Bóg uratuje sytuację. Wyjątkiem jest postanowienie powodujące grzech.

W kwestii życia intymnego małżonków – kobieta powinna być całkowicie dostępna dla mężczyzny, który oczywiście cały czas chce od niej tylko jednego (jestem dość cięta na stereotypy w książkach o relacjach). Ma to zapewne spory związek z protestancką etyką seksualną, która często pomija bezpośrednie powiązanie współżycia z płodnością. Wiąże się to z dopuszczeniem stosowania antykoncepcji, która nie wymaga okresowej wstrzemięźliwości (jak w przypadku NPR).

Ogólnie, jej podejście powinno wyglądać tak: „Kochanie, taki jest mój punkt widzenia i bardzo cię proszę, abyś się nad nim zastanowił. Ostateczna decyzja należy oczywiście do ciebie i z radością (to słowo ma tu szczególne znaczenie) przyjmę każde twoje postanowienie.”

„Twórcza partnerka” (Linda Dillow)

Podsumowując, moim zdaniem główna idea książki jest jak najbardziej warta uwagi. Uważam jednak, że dużo lepiej została ona ujęta w innej pozycji autorki – „Jaką żoną jestem?”.

Mama świętej Teresy od Dzieciątka Jezus - Celina Martin

„Mama świętej Teresy od Dzieciątka Jezus” Celina Martin

Zacznę od tego, że bardzo lubię św. Zelię i jej męża Ludwika. Stąd mój entuzjazm na widok książki o wspomnieniach córki na temat matki „Mama świętej Teresy od Dzieciątka Jezus”, którą zdobyłam podczas wymiany książek (takie rzeczy w facebookowej grupie Wymiana książek religijnych :)). W końcu fajnie poczytać o świętej kobiecie z perspektywy kogoś jej bliskiego, czyż nie? Niestety… Nie w tym przypadku.

Całość jest napisana w stylu iście hagiograficznym – św. Zelia jest przedstawiona jako nadludzka istota o heroicznych cechach. Żeby było jasne, nie mam absolutnie nic do świętości żony Martin! Moją wątpliwość budzi jedynie sposób, w jaki została opisana: idealna matka, poświęcająca swoje kruche zdrowie. Gdyby to było moje pierwsze zetknięcie się z św. Zelią, nie chciałabym jej bliżej poznać – we wspomnieniach córki wydaje się mało przystępna. Nie dzieje się tak bez powodu – Celina pisze o matce w taki sposób, bo niewiele pamięta ze swojego dzieciństwa (miała kilka lat, gdy Zelia zmarła). Jej wspomnienia o ojcu – „Tato świętej Teresy od Dzieciątka Jezus” – są dużo cieplejsze, a Ludwik dużo bardziej ludzki. 🙂

Od sześciu tygodni często gorączkuję, ale nie pozwalam sobie na odpoczynek. I mimo że spodziewam się dziecka, swoje prace wykonuję jak zwykle.

List z 12 lutego 1870 r.

Jeśli masz ochotę poznać postać św. Zelii, nie poleciłabym Ci lektury tej książki. Dużo lepiej sprawdzi się jedna z jej biografii, na przykład „Spragnieni nieba. Rodzice św. Teresy z Lisieux” (ks. Marek Wójtowicz).

Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim - Mirosław Pilśniak OP

„Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim” Mirosław Pilśniak OP

„Krótką kołdrę” kupiłam już jakiś czas temu podczas promocji wydawnictwa „w drodze” (zresztą w tym samym czasie, co „Manewry małżeńskie” :)). Kiedy już odleżała swoje na półce, doczekała się zabrania w kilkugodzinną podróż pociągiem. Przyznaję, podchodziłam do niej z wielkim entuzjazmem, zwłaszcza, że znajoma pochlebnie wyrażała się o autorze. Jak już się domyślasz, książka nie spełniła pokładanych w niej nadziei.

Pierwsza jej część to wywiady (przede wszystkim z autorem, ale nie tylko) dotyczące przyjaźni, narzeczeństwa, sakramentu małżeństwa i oczywiście seksu. Jak w większości katolickich pozycji traktujących o związkach, największa uwaga została położona na tematy mieszkania ze sobą przed ślubem, antykoncepcji i kryzysów małżeńskich. W moim odczuciu, wszystko to zostało potraktowane dość powierzchniowo i sztampowo – słowem, nic nowego.

Druga część książki – niestety dużo mniej wciągająca – zawiera w sobie multum treści na (prawie) każdy możliwy związkowy wątek: od wartości ciała w relacji małżeńskiej przez ojcostwo po pomoc w rachunku sumienia.

Podczas lektury znalazłam kilka perełek – jednym z nich jest pomysł narzeczonych związany z prośbą o specjalne błogosławieństwo na okres przygotowań do ślubu.

Spotkałem kilka par, które narzeczeństwo zawierały w taki sposób, że przyszły do księdza z prośbą o błogosławieństwo na czas wzajemnego wzrastania – aby był owocny w przygotowaniu do zawarcia małżeństwa. Myślę, że to bardzo dobry pomysł, świadczący o tym, że przygotowanie do małżeństwa nie jest tylko rozważaniem zasad taktycznych, ale również rodzajem rekolekcji: duchowym przygotowaniem na przyjęcie łaski małżeństwa.

„Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim”

Ujęły mnie również niektóre myśli bezpośrednio odnoszące się do sakramentu małżeństwa.

Dlatego jedną z dróg do poznania dobra i zła w czynach małżonków jest przypatrzenie się ich wzajemnej więzi. To bowiem jest fundamentem ich bycia dla innych osób i ich relacji do Boga.

„Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim”

Najbardziej nie przypadło mi do gustu upraszczanie wielu tematów, pewnie częściowo wynikające z powierzchniowego ich podjęcia. Poza tym książka – w wielu fragmentach – jest pisana retoryką, za którą wybitnie nie przepadam – zero-jedynkowe podejście, które niekoniecznie przekonałoby wątpiących.

Zdecydowanie się na współżycie seksualne bywa takim faktem, który stanowi dla ludzi domyślne zobowiązanie zawarcia małżeństwa. Choć niewyrażone wprost, jest zobowiązaniem faktycznym, a jednocześnie nadużyciem zaufania. Niestety, niektórzy w ten sposób próbują starać się o narzeczonych.

„Krótka kołdra. O dialogu małżeńskim”

Ogólnie „Krótka kołdra” mnie nie urzekła. Sądzę, że niewiele wnosi, zwłaszcza jeśli wcześniej czytało się już inne książki dla katolickich par. Jako pierwsza związkowa lektura może być przydatna, głównie jako inspiracja do narzeczeńskich rozmów. Chociaż uważam, że w tej roli dużo lepiej sprawdzą się „Manewry małżeńskie”.

Małżeństwo, przemyśl to! - Bogna Białecka

„Małżeństwo, przemyśl to!” Bogna Białecka

O istnieniu tej pozycji dowiedziałam się na jednej z facebookowych katolickich grup. Była polecana jako idealna książka na czas narzeczeństwa, pozwalająca na lepsze przygotowanie do wspólnego małżeńskiego życia. Zaintrygowało mnie to, zwłaszcza, że – do tej pory – znalazłam tylko jedną taką lekturę: „Nas dwoje. Przed nami małżeństwo” (o której pisałam między innymi w pierwszym wpisie z serii biblioteczka narzeczeńska).

Dotarcie do dzieła Bogny Białeckiej nie było wcale takie łatwe. Jego nakład jest już wyczerpany od dłuższego czasu. Całe szczęście istnieje Allegro i funkcjonalność obserwowania wyszukiwań (jest genialna! – nie, to nie jest post sponsorowany ;)). Dzięki temu mogę się z Tobą podzielić swoimi wrażeniami.

No cóż… Zachwycona z pewnością nie jestem. Wręcz przeciwnie – bardzo zawiodłam się na tej książce. Rozpocznę jednak od plusów, a w zasadzie plusa. Są to tematy, które mogą się przydać do dyskusji we dwoje wraz z dodatkową listą pytań. Chociaż część z podpowiedzi do wspólnych rozmów jest nie do końca adekwatna. Przykładowo jedne z pierwszych dotyczą podejścia do możliwości dokonania aborcji czy seksu z osobą spoza małżeństwa z zależności od różnych okoliczności.

W ogóle „Małżeństwo, przemyśl to!” jest nadzwyczaj pełne zagadnień seksu i konkubinatu, co wydaje mi się trochę nie na miejscu odnośnie czytelników. Jeśli ktoś sięga po książkę, mającą pomóc w przygotowaniach do sakramentu małżeństwa, raczej nie potrzebuje rozbudowanych argumentów o szkodliwości takiego podejścia.

Autorka usilnie stara się przekonać swojego odbiorcę, że małżeństwo jest bardzo dalekie od romantycznej przygody, podkreślając jego (często nadmiernie uwypuklone) trudy. Nie zachęciło mnie to do wzmożonej pracy nad relacją (a taki miał być zapewne cel). Poczułam się raczej zniechęcona do świata z wyobrażeń autorki i lektury jej książki.

Całość jest napisana dość ostrym nieprzyjemnym tonem. Postawa patrzenia z góry na młodych zakochanych i wciskanie swoich wizji – coś, czego bardzo nie lubię.

Jaka jest zatem recepta na dobre, trwałe, szczęśliwe małżeństwo? (…) Przypomnijmy sobie badania, o których pisałam już wcześniej, ukazujące, że największe poczucie spełnienia szczęścia dają kobietom dzieci. Oczywiście, to nie jest tak, że żyjąc w kraju, w którym premier deklaruje otwarcie, iż najtańsze dla państwa są rodziny bezdzietne, namawiam Was na wielodzietność. Jednak jeśli macie narzeczonego/męża, któremu możecie ufać, na którym można polegać, który jest nastawiony na dobro małżonki, rodziny, a nie skoncentrowany wyłącznie na własnych przyjemnościach, to… może warto zaryzykować więcej dzieci niż parkę szczerzącą białe zęby z reklam?

„Małżeństwo, przemyśl to!” (Bogna Białecka)

Podsumowując, nie ma co żałować wyczerpania nakładu tej książki, bo na rynku jest dużo lepszych pozycji. A jeśli masz ochotę na listę pytań, na które warto odpowiedzieć przed ślubem, to możesz je pobrać, zapisując się na mój newsletter.

Opisane powyżej książki to tylko te, przeczytane przeze mnie w ostatnim czasie w kategorii „bez szału”. W mojej czytelniczej karierze było ich zdecydowanie więcej, jednak szybko zapominam nietrafione (bardziej lub mniej) tytuły. Może się to zmienić – jeśli tylko przypadnie Ci do gustu ten wpis, powstaną kolejne o nie do końca udanych pozycjach. Daj znać! 🙂

książki dla narzeczonych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *